wtorek, 31 marca 2015

Ks. prof. Krukowski: Fundusz Kościelny nie jest "z łaski" państwa

Fundusz Kościelny nie jest "z łaski" państwa, jak błędnie sugerują media laickie, ale jest to wymóg sprawiedliwości - uważa ks. prof. Józef Krukowski. W wywiadzie dla KAI obchodzący 50-lecie pracy naukowej wybitny znawca prawa wyznaniowego przypomina też o konstytucyjnym prawie do wolności religijnej w życiu prywatnym i publicznym, o czym nie pamiętają przeciwnicy wieszania symboli religijnych w Sejmie, nauczania religii w szkole i prawa do klauzuli sumienia.






KAI: Po 50 latach pracy naukowej Ksiądz Profesor wie już wszystko o stosunkach państwo-Kościół?

Ks. prof. Józef Krukowski: Na pewno wszystkiego nie wiem, ale ciągle się dokształcam.

Nie od zawsze jednak Ksiądz Profesor zajmował się tą tematyką. Mało brakowało, aby pozostał przy kościelnym prawie małżeńskim, swojej pierwszej specjalności naukowej.

Prawdą jest, że zostałem prawnikiem z woli biskupa lubelskiego Piotra Kałwy. Wezwał mnie do siebie z parafii, w której pracowałem od czasu święceń kapłańskich, i powiedział: "Pójdziesz na studia prawnicze". Jakkolwiek chciałem zmienić kierunek studiów, to dostosowałem się do życzenia biskupa. Wyspecjalizowałem się w prawie kanonicznym, głównie małżeńskim, gdyż zgodnie z wolą biskupa miałem się przygotować do pracy w sądzie biskupim.

Po doktoracie rozszerzyłem specjalizację. Przyczynił się do tego prof. Zdzisław Papierkowski, ostatni dziekan Wydziału Prawa i Nauk Społeczno-Ekonomicznych na KUL, zamkniętego przez władze komunistyczne na początku lat 50. Przed przejściem na emeryturę zwrócił się do mnie, abym przejął po nim wykłady ze wstępu do teorii państwa i prawa. Z tym, że na uczelniach państwowych była to teoria marksistowska, zaś na KUL marksizm był tylko jednym z kierunków tej teorii. Przystałem na jego propozycję i w ten sposób poszerzyłem pole swoich zainteresowań naukowych.

Drugą osobą, która odegrała tu znaczącą rolę, był Prymas Stefan Wyszyński...

Istotnie, w latach 70. Ksiądz prymas Wyszyński polecił mi się zająć stosunkami Kościół-państwo w świetle nauki Soboru Watykańskiego II. Sam był w tej kwestii pokorny. Mówił: "Niech ksiądz i mnie koryguje, bo jestem wykształcony na przedsoborowym kościelnym prawie publicznym. Mówią o mnie, że jestem konserwatystą. Nie wiem, czy moje nauczanie jest zgodne z nauką Soboru". Faktycznie, większość polskich biskupów, nie tylko Ksiądz Prymas, byli przywiązani do przedsoborowego modelu relacji państwo-Kościół, według którego państwo, w którym większość obywateli należy do Kościoła katolickiego, powinno być katolickie. Wszakże – zgodnie z nauką Soboru – należało z modelu państwa wyznaniowego zrezygnować. W wyniku dyskusji, jakie przeprowadziłem z Księdzem Prymasem, doszliśmy do wniosku, że państwo polskie, mimo że większość społeczeństwa polskiego należy do Kościoła, może być świeckie, ale powinno zagwarantować i respektować wolność sumienia i religii należną każdemu człowiekowi, i Kościołowi katolickiemu na równi z innymi wspólnotami religijnymi, a jednocześnie winno szanować chrześcijańskie dziedzictwo duchowe tysiącletniego Narodu polskiego.

Co było pierwszym zadaniem Księdza Profesora?

Ksiądz Prymas postawił przede mną kilka zadań. Pierwszym z nich był udział w pracach Komisji Prawnej Episkopatu Polski, która pod przewodnictwem abpa Bronisława Dąbrowskiego przygotowywała projekt konwencji między Stolicą Apostolską a Polską. Na początku lat 70. władze komunistyczne w Polsce nawiązały bowiem prowizoryczne stosunki dyplomatyczne ze Stolicą Apostolską. Powołane zostały zespoły robocze, Stolicy Apostolskiej i Rządu, których zadaniem było przygotowanie projektu konwencji, mającej na celu normalizację sytuacji prawnej Kościoła katolickiego w Polsce. Po zerwaniu Konkordatu przez władze komunistyczne Kościół w Polsce znalazł się w gorszej sytuacji niżeli inne Kościoły, których funkcjonowanie regulowały ustawy z okresu międzywojennego. Zgodnie z Konstytucją lipcową władze te były zobowiązane do normalizacji sytuacji Kościoła katolickiego na drodze ustawowej. W rzeczywistości stanowiły tylko fragmentaryczne ustawy, ograniczające możliwość realizacji przez Kościół swojej misji w Polsce, co więcej – większość spraw była regulowana za pomocą niepublikowanych aktów administracyjnych, o których władze kościelne dowiadywały się po rezultatach wprowadzenia w życie. Była to podstępna metoda działania zapożyczona z Moskwy.

W rzeczywistości projekt zawarcia Konwencji ze Stolicą Apostolską był fałszywym krokiem mającym na celu wprowadzenie w błąd opinii publicznej krajowej i międzynarodowej. Władze komunistyczne udawały, że chcą zawrzeć umowę, a w rzeczywistości było to niemożliwe z powodu założeń ideologicznych i zależności od Moskwy. Strona kościelna natomiast traktowała sprawę poważnie. Prymas Wyszyński postulował poszanowanie osobowości publiczno-prawnej Kościoła w Polsce, jako całości, oraz osobowości cywilnoprawnej kościelnych jednostek organizacyjnych – parafii, diecezji, zakonów, domów zakonnych itd. Najtrudniejsza była sytuacja Kościoła na Ziemiach Odzyskanych, gdzie władze państwowe traktowały nieruchomości kościelne jako swoją własność. Władze komunistyczne negowały uznanie osobowości prawnej Kościoła, jak i jego jednostek organizacyjnych.

Co było przedmiotem wzajemnych negocjacji?

Strona kościelna uważała, że należy uznać osobowość publiczno-prawną Kościoła, choćby ze względu na jego historyczny i współczesny wkład w dobro wspólne całego społeczeństwa. Władze komunistyczne odpowiadały, że obecny system prawa nie zna takiego pojęcia; że w PRL zostało ono usunięte. Na to prymas Wyszyński stwierdził: "Skoro zostało usunięte, to należy je przywrócić". Ale oni z tym przywróceniem nie spieszyli się.

Drugim istotnym przedmiotem postulatów strony kościelnej było poszanowanie przez państwo wolności religijnej w wymiarze indywidualnym w życiu prywatnym i publicznym. Strona kościelna postulowała wpisanie gwarancji tej wolności jako prawa należnego każdemu człowiekowi, niezależnie od jego przynależności partyjnej, narodowościowej czy wyznaniowej. Realizacja tych postulatów przez władze komunistyczne okazała się niemożliwa. W praktyce katolicy, którzy otwarcie wyznawali swoje przekonania religijne, byli traktowani jak obywatele gorszej kategorii, niezdatni do zajmowania stanowisk publicznych. Sytuacja ta zmieniła się dopiero w 1989 roku.

Najpierw doszło do uchwalenia tzw. ustaw majowych - głównie ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego oraz ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania...

...oraz trzeciej – o ubezpieczeniu społecznym duchownych, nie tylko Kościoła katolickiego, ale wszystkich Kościołów i wyznań. Duchowni w Polsce Ludowej traktowani byli bowiem jako obywatele najgorszej kategorii, pozbawieni ubezpieczeń społecznych.

Jakie dziś jest znaczenie tych trzech ustaw?

Był to pierwszy krok w kierunku normalizacji sytuacji prawnej Kościoła w Polsce po drugiej wojnie światowej. Ustawy te nie były do końca dojrzałe. Brak im było należytego uzasadnienia aksjologicznego. Były one wynegocjowane jeszcze z władzami komunistycznymi, które znajdowały się już na łożu śmierci.

Dlaczego władze komunistyczne w ogóle zgodziły się na uchwalenie tych ustaw?

Przede wszystkim była to konieczność poszanowania wielkiego autorytetu Kościoła w społeczeństwie polskim, który pod przewodnictwem Prymasa Tysiąclecia, a następnie również papieża Jana Pawła II, zastępował Narodowi suwerenną władzę, przynajmniej w dziedzinie kultury. Najpierw pełnił on rolę krytyczną, a następnie – już za czasów Prymasa Glempa – także funkcję mediacyjną w konfrontacji między opozycją solidarnościową i władzą komunistyczną. W okresie stanu wojennego Kościół był azylem dla ludzi opozycji demokratycznej, niezależnie od ich przekonań religijnych czy światopoglądowych. Stanowił zatem siłę społeczną, z którą musieli się liczyć także politycy, którzy chcieli wprowadzić ustrój demokratyczny z inspiracji ideologii liberalnej. Dlatego wkrótce po zawarciu umów Okrągłego Stołu podjęte zostały negocjacje zmierzające do zawarcia konkordatu między Stolicą Apostolską a Polską w celu stabilizacji sytuacji prawnej Kościoła i jego relacji z władzami państwowymi.

Jaka była rola Księdza Profesora w pracach nad Konkordatem i projektem Konstytucji dla III Rzeczypospolitej?

Ojciec Święty Jan Paweł II dążył do tego, aby te zmiany, jakie zostały wprowadzone w Polsce na etapie przemian ustrojowych, zainicjowanych w 1989 r., znalazły wyraz w pełnej stabilizacji stosunków między państwem i Kościołem w formie umowy międzynarodowej. Wówczas wiadomości na temat relacji między państwem i Kościołem, jakie zdobyłem z polecenia Prymasa Wyszyńskiego, okazały się przydatne. Służyłem pomocą Nuncjuszowi Apostolskiemu, ks. abp. Józefowi Kowalczykowi, w pracy nad przygotowaniem projektu Konkordatu i na etapie negocjacji z władzami państwowymi. Następnie, gdy wniosek w sprawie ratyfikacji Konkordatu został zahamowany w Sejmie przez postkomunistów, zostałem upoważniony przez Nuncjusza Apostolskiego i Sekretarza Episkopatu Polski do pełnienia funkcji przedstawiciela Episkopatu w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego oraz członka zespołu konsultorów Komisji Nadzwyczajnej do przygotowania projektu ustawy wyrażającej zgodę Parlamentu na ratyfikację Konkordatu. Udział w pracach tych komisji zajął dużo czasu, ale w końcu udało się uchwalić taką Konstytucję, która otworzyła też drogę do ratyfikacji Konkordatu.

Czy wypracowano wówczas najlepszy z możliwych model stosunków państwo-Kościół?

Moim zdaniem jest to model najlepszy, jaki można było w owym czasie wynegocjować. Sądzę nawet, że jest to model najlepszy w Europie, jakkolwiek wynegocjowanie go napotykało na poważne trudności. Pojawiały się wtedy propozycje o dużej rozbieżności. Projekty dotyczące stosunków państwo-Kościół zgłaszały różne partie, a nawet osoby prywatne. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że ze względu na pozycję społeczną Kościoła katolickiego w Polsce, uregulowania tych stosunków nie można zawrzeć w formule rozdziału Kościoła od państwa, wpisanej do Konstytucji stalinowsko-bierutowskiej z 1952 r. Wyjątek stanowili politycy postkomunistyczni, którzy chcieli tę formułę powtórzyć w Konstytucji demokratycznego państwa prawa. Mieli oni na celu odrzucenie wniosku w sprawie ratyfikacji Konkordatu, do którego art. 1 była wpisana zasada poszanowania autonomii i niezależności Kościoła i państwa każdego w swoim porządku oraz współdziałania między nimi dla dobra człowieka i dobra wspólnego. Dążyli oni do narzucenia Polsce modelu państwa świeckiego w wersji separacji wrogiej, wzorowanej na Konstytucji stalinowskiej, od której się odcinali, bądź na Konstytucji Republiki Francuskiej, która stanowiła, że państwo jest świeckie. Zarówno formuła świeckości państwa, jak i formuła oddzielenia Kościoła i państwa były nie do przyjęcia ze względu na ich wieloznaczność.

Jednocześnie niektórzy politycy, o rodowodzie solidarnościowym, wysunęli postulat, by określić stosunki między państwem a Kościołem podobnie jak w Konstytucji II RP, która stanowiła o Kościele katolickim jako "pierwszym wśród równych". Nie miało to jednak na celu nadanie Polsce charakteru wyznaniowego, ale był to pewien rodzaj uznania za wkład Kościoła w utrzymanie tożsamości narodowej i kulturowej Polaków w okresie rozbiorów. Zająłem jednak krytyczne stanowisko wobec takiego postulatu, przez co naraziłem się niektórym członkom Komisji Konstytucyjnej, którzy nawet usiłowali wnieść na mnie skargę do Episkopatu i do Ojca Świętego. Ale Jan Paweł II powiedział mi: "Tak trzymaj!". Sobór Watykański II zrezygnował przecież z modelu państwa wyznaniowego, w którym katolicy mieliby uprzywilejowaną pozycję w stosunku do pozostałych współobywateli. Wszyscy obywatele – jako nosiciele przyrodzonej godności osoby ludzkiej – są równi. Z tej racji także Kościół katolicki w świecie współczesnym nie potrzebuje przywilejów do realizacji swojej misji, ale winien być traktowany na zasadzie równości z innymi związkami wyznaniowymi, z poszanowaniem zasady sprawiedliwości rozdzielczej w korzystaniu z należnej mu wolności.

Przeciwnicy konkordatu szermują dziś pojęciem "świeckości państwa", choć polski model zakłada raczej bezstronność światopoglądową państwa. Gdzie tkwi różnica?

W celu wyjaśnienia tej kwestii trzeba zwrócić uwagę na wieloznaczność pojęcia świeckości państwa. Należy wyróżnić kilka modeli państwa świeckiego. Model amerykański zakłada tzw. czystą świeckość państwa. Konstytucja USA nie narzuca obywatelom państwa wyznaniowego, ale gwarantuje im swobodę spełniania praktyk religijnych. Ten model pasuje do amerykańskiego społeczeństwa wielokulturowego, w Europie by się nie przyjął.

Tu ukształtował się najpierw model francuski, który od czasów Oświecenia nacechowany jest wrogością wobec religii, a zwłaszcza wobec Kościoła katolickiego z powodu zbytniego powiązania go z monarchią absolutną, co na dobre mu nie wyszło. Słabą stroną tego modelu jest neutralność światopoglądowa państwa, polegająca na zakazie uzewnętrzniania przekonań religijnych w życiu publicznym i eliminacji wartości chrześcijańskich z systemu prawa stanowionego. Wiąże się z tym usuwanie wartości chrześcijańskich nie tylko w sensie czysto religijnym, ale również podstawowych wartości ogólnoludzkich, które mają swój rodowód w dziedzictwie chrześcijańskim. Dziś świeckość francuskiego państwa nie jest już tak radykalna jak na przełomie XIX i XX w., ale istnieje nadal.

Na wzór francuski powstał model państwa świeckiego w Rosji sowieckiej, polegający nie tylko na usunięciu religii z życia publicznego, ale też z sumienia i życia prywatnego jednostki oraz zastąpienia jej ideologią ateistyczną. Ten model usiłowano narzucić w Polsce w okresie dyktatury komunistycznej.

Natomiast w Niemczech ukształtował się model państwa świeckiego na podstawie konstytucji weimarskiej (1919), do której wpisano formułę, że "nie ma Kościoła oficjalnego". Zagwarantowano w niej wolność uzewnętrzniania przekonań religijnych w życiu prywatnym i publicznym, prawo nauczania religii w szkołach publicznych oraz osobowość publiczno-prawną związków wyznaniowych, zakorzenionych w niemieckiej tradycji. Stosunki między państwem a Kościołami regulowane są na drodze dwustronnej umowy. Model ten, z pewnymi modyfikacjami, przyjęto w Hiszpanii, we Włoszech, a także w państwach postkomunistycznych, w szczególności w Polsce.

Polski model relacji państwo-Kościół jest bliski wersji niemieckiej i włoskiej, z przewagą tej drugiej. Jego zasady trzeba było wpisać do konstytucji, tak by z jednej strony zablokować świeckość w wersji sowieckiej i francuskiej, a jednocześnie zrezygnować z modelu katolickiego państwa wyznaniowego. Za przyjęciem takiego modelu przemawiały racje obiektywne: Kościołowi i innym związkom wyznaniowym wystarczy wolność na zasadzie równości, ale nie może ona polega na narzucaniu jednej ideologii wszystkim obywatelom, czy dyskryminacji wiernych Kościoła katolickiego z powodu niepodzielania przez nich ideologii ateistycznej. Takiej wolności trzeba domagać się w warunkach pluralizmu religijnego i światopoglądowego. Jednak niektórzy nie chcą tego zrozumieć.

Czy ateiści i ich organizacje są w Polsce dyskryminowani?

Trzeba obiektywnie stwierdzić, że Konstytucja RP gwarantuje wolność sumienia i religii każdemu, wierzącym i niewierzącym. Z tym, że większość społeczeństwa polskiego przyznaje się do przynależności do Kościoła katolickiego lub innych związków wyznaniowych. Jakkolwiek ateiści w Polsce stanowią mniejszość, to nikt nie zabrania im zakładania własnych organizacji. Jednakże organizacje te usiłują narzucić innym swój światopogląd przez ograniczanie wolności religijnej ludzi wierzących. I to się nazywa dyskryminacją ateistów.

Polskie społeczeństwo jest tak ukształtowane pod względem duchowym i kulturowym, że ateizm na dłuższą metę się nie przyjmie. Jakkolwiek wyjątki były, są i będą. Ateiści w Polsce mają nie tylko swoje organizacje, ale dostęp do urzędów publicznych, wybierani są do parlamentu. Mieliśmy nawet prezydenta-ateistę i nikt go z tego powodu gorzej nie traktował. Natomiast ateiści chcieliby, aby prezydent, jeżeli jest człowiekiem wierzącym, nie uczestniczył w sprawowaniu kultu w święta narodowe. Takie poglądy głosili w okresie, gdy prezydentem był Lech Wałęsa, natomiast zrezygnowali z tego, gdy prezydentem został Bronisław Komorowski. Taka jest ich dziwna logika.

Ateiści w Polsce mają nie tylko swoje organizacje, ale dostęp do urzędów publicznych, wybierani są do parlamentu. Mieliśmy nawet prezydenta-ateistę i nikt go z tego powodu gorzej nie traktował.


Jednym z efektów powrotu do wolności religijnej po latach komunizmu było wprowadzenie religii do szkół. Ale dziś status katechezy jest podważany...

Po pierwsze, był to powrót religii do szkół, z których została usunięta wbrew woli rodziców. Po drugie, nauczanie religii w szkołach jest istotnym osiągnięciem europejskiej kultury prawnej w dziedzinie poszanowania wolności sumienia i religii. Jest to ochrona wolności religijnej rodziców w zakresie wychowania dzieci zgodnie ze swymi przekonaniami w edukacji publicznej. Państwo demokratyczne powinno zapewniać ochronę wolności nie tylko OD przymusu, ale również wolności DO uzewnętrzniania swych przekonań religijnych i światopoglądowych przez każdego w życiu prywatnym i publicznym. Nauczanie religii w szkołach służy właśnie poszanowaniu przez państwo prawa rodziców do wychowania dzieci nie tylko w domu rodzinnym, ale również w szkołach. Obok życia najwyższą wartością, jaką rodzice przekazują swoim dzieciom, są bowiem ich przekonania dotyczące życia religijnego i moralnego. Państwo nie powinno obywatelom w tym zakresie przeszkadzać, ale ich wspomagać. Bo państwo jest dla człowieka, a nie człowiek dla państwa.

Ale religia nie jest przedmiotem maturalnym. Przeciwnicy wytykają państwu finansowanie katechezy, prowadzonej zresztą nie tylko przez Kościół katolicki, ale również inne związki wyznaniowe.

Postulat wprowadzenia w Polsce religii jako przedmiotu maturalnego nie jest czymś odosobnionym. Religia jest przedmiotem maturalnym dla chętnych w innych krajach europejskich, np. w Niemczech. U nas zostało to zablokowane. Natomiast można prowadzić lekcje etyki laickiej na zasadzie równości z religią. Co więcej, wprowadza się nowy przedmiot obligatoryjny, oparty na ateistycznej ideologii gender, która propaguje niebezpieczne dla społeczeństwa związki osób tej samej płci. Jest to zagrożenie dla małżeństwa jako związku osób odmiennej płci opartego na prawie naturalnym i zagwarantowanego w Konstytucji RP. Godne ubolewania jest, że MEN forsuje program wychowania sprzeczny z tradycją i prawem naturalnym. Czas, aby rodzice obudzili się i zaprotestowali przeciwko narzucaniu takiego modelu wychowania dzieci, który jest niezgodny z ich wolą. Sądzę, że na dłuższą metę realizacja tego modelu nie uda się, ale może spowodować duże szkody. Niebezpieczne jest również forsowanie przez Ministerstwo praktyki nauczania tych samych dzieci jednocześnie religii i etyki laickiej. Jest to najprostszy sposób siania zamętu w świadomości dzieci i młodzieży.

Zdaniem Księdza Profesora, Kościół jest gotowy na przekształcenie Funduszu Kościelnego w odpis podatkowy 0,5 proc.?

Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę, że Fundusz Kościelny nie jest "z łaski" państwa, jak błędnie sugerują media laickie, ale jest to wymóg sprawiedliwości. Jest to rekompensata za dobra zagrabione Kościołowi przez władze komunistyczne w okresie w PRL. Do tego Funduszu miały być odprowadzane dochody z dóbr kościelnych, które zostały upaństwowione. W okresie PRL Fundusz ten był fikcją, a zaczął funkcjonować dopiero w III RP. Rząd premiera Tuska podjął inicjatywę zniesienia Funduszu Kościelnego w zamian za dobrowolne odpisy od podatku dochodowego osób fizycznych w wysokości 0,5%. Tak niski odpis nie może stanowić w żadnym wypadku rekompensaty, nawet gdyby wszyscy podatnicy chcieli z tego odpisu skorzystać. Ponadto trzeba zauważyć, że dochód rolników, którzy stanowią przynajmniej 30% polskiego społeczeństwa, w pewnym sensie jest nieobliczalny. Uważam, że projekt zniesienia Funduszu Kościelnego jest niedojrzały. Może to nastąpić w przyszłości, ale na zasadach znacznie innych od tych, jakie zostały przygotowane przez komisję kierowaną przez ministra Boniego. Zaznaczam, że zmiana ta może nastąpić tylko w drodze umowy międzynarodowej między Stolicą Apostolską a Polską, zgodnie z postanowieniem art. 22 Konkordatu.

Czy prof. Andrzej Rzepliński jako urzędujący prezes Trybunału Konstytucyjnego powinien odbierać papieskie odznaczenie "Pro Ecclesia et Pontifice"?

Faktycznie, prof. Rzepliński otrzymał takie odznaczenie od papieża jako głowy Kościoła katolickiego za działalność w duchu poszanowania podstawowych wartości ludzkich, które mają wymiar uniwersalny. Trzeba zauważyć, że Konstytucja RP w art. 53 gwarantuje każdemu prawo do wolności sumienia i religii w życiu prywatnym i publicznym, jako prawo wynikające z przyrodzonej godności osoby ludzkiej. Prof. Rzepliński jest również podmiotem tego prawa, niezależnie od tego, jaką pełni funkcję w systemie organów władzy RP. Spełniając taką funkcję, nie przestaje bowiem być człowiekiem, któremu się te prawa należą. Jest on bowiem w pierwszej kolejności człowiekiem, a dopiero potem piastunem organu władzy. Jeżeli za swoją działalność na rzecz poszanowania uniwersalnych wartości ludzkich otrzymał taką nagrodę, na którą zasługuje zdaniem najwyższego organu władzy Kościoła katolickiego, który cieszy się podmiotowością publicznoprawną w stosunkach międzynarodowych, to dlaczego miałby takiego odznaczenia nie przyjąć?

Krytycy prof. Rzeplińskiego uważają, że on, a nawet cały skład Trybunału, będzie teraz stronniczy w swoich orzeczeniach...

Stronniczy? A dlaczego?

Dlatego, że przyznał się, że jest katolikiem...

Krytycy prof. Rzeplińskiego postulują dyskryminację katolików w życiu publicznym. Taka dyskryminacja jest przestępstwem zabronionym w art. 194 kodeksu karnego. Zdaniem polskich ateistów członkiem Trybunału Konstytucyjnego, a zwłaszcza jego prezesem, nie może być katolik, który uzewnętrznia swoje przekonania religijne i światopoglądowe w życiu publicznym. Oznacza ta, że pełniąc taką funkcję, funkcjonariusz państwowy przestaje być człowiekiem, ale jest tylko śrubką w jakiejś maszynie. Tego rodzaju postulaty nie świadczą dobrze o polskich ateistach. Nawet Francuzi, którzy są zwolennikami świeckości państwa, nazywają taki ateizm – zoologicznym.

Przepisy o klauzuli sumienia są precyzyjne, czy wymagają nowelizacji? Do Trybunału Konstytucyjnego trafił wniosek Naczelnej Rady Lekarskiej w tej sprawie, będzie rozpatrywany m.in. w świetle prawa do odmowy wykonania aborcji i prawa do niesprzedawania środków wczesnoporonnych.

Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że podstawę do klauzuli sumienia w systemie prawa polskiego stanowi art. 53 Konstytucji, który gwarantuje każdemu wolność sumienia i religii w życiu prywatnym i publicznym, nie wykluczając lekarza. Lekarz nie może być wykluczony z korzystania z tego prawa przez ustawodawcę państwowego. Wolność sumienia nie jest bowiem prawem nadanym człowiekowi przez państwo, ale wynika z przyrodzonej godności osoby ludzkiej. Następnie trzeba uwzględnić, że chodzi tu o ochronę podstawowego prawa człowieka do życia, które należy się każdemu człowiekowi od momentu poczęcia w organizmie matki. Klauzula sumienia w ustawodawstwie polskim sformułowana jest w sposób wadliwy. Z jednej strony bowiem zapewnia lekarzowi prawo do odmowy wykonania aborcji, zgodnie z nakazem jego sumienia, a z drugiej strony zmusza do znalezienia zastępcy, który dokona tego, czego zabrania mu sumienie. Lekarza traktuje się zatem jak automat, a nie jak człowieka. Dlatego uważam, że prof. Bogdan Chazan został bezpodstawnie pozbawiony stanowiska dyrektora szpitala za niedokonanie aborcji zgodnie z nakazem jego sumienia. Sądzę, że decyzja administracyjna w tej sprawie powinna być przedmiotem skargi sądowej, włącznie do Trybunału Konstytucyjnego z tytułu niezgodności z Konstytucją.

Symbole religijne można wieszać w miejscach publicznych?

Oczywiście, że tak. Przeciwnicy wieszania krzyża w Sejmie czy w szkołach mijają się z drugą częścią art. 25 ust. 2 Konstytucji, który stanowi, że organy władzy publicznej zapewniają każdemu prawo do uzewnętrzniania swoich przekonań religijnych w życiu publicznym. Jeśli chrześcijańskim symbolem religijnym jest krzyż, to poprzez ten symbol chrześcijanie mają prawo do uzewnętrzniania swoich przekonań tam, gdzie się znajdują. Nie oznacza to, że niechrześcijanie nie mogą zawieszać swoich symboli religijnych, np. ateiści mogliby zawieszać sierp i młot, które do niedawna były symbolem skompromitowanego państwa ateistycznego.

Jeśli chrześcijańskim symbolem religijnym jest krzyż, to poprzez ten symbol chrześcijanie mają prawo do uzewnętrzniania swoich przekonań tam, gdzie się znajdują. Nie oznacza to, że niechrześcijanie nie mogą zawieszać swoich symboli religijnych


Jeśli zatem funkcjonariusze policji – była taka sprawa w Radomiu – chcą, by w komisariacie na ścianie wisiał krzyż...

...to mają prawo się tego domagać, a władze powinny to respektować. Tak samo w Sejmie i Senacie, szkole czy w jakimkolwiek urzędzie, gdzie pracują chrześcijanie wierzący i praktykujący. Dobrze się stało, że Sąd Najwyższy zajął takie stanowisko w tej sprawie. O takie sformułowanie tego prawa w art. 25 ust. 2 walczyłem w Sejmie kilka lat. Domagałem się wówczas, aby formułę o bezstronności organów publicznych wobec przekonań religijnych uzupełnić formułą zobowiązującą organy państwowe do poszanowania uzewnętrzniania tych przekonań w życiu publicznym. Tak samo decyzja władz szkolnych, która by zabraniała odmawiania modlitwy przez dzieci na początku lekcji, zgodnie z wolą rodziców, na żądanie tylko jednego ateisty, byłaby naruszeniem art. 25 ust. 2 Konstytucji RP.

Władze kościelne mogą zabierać głos w sprawach publicznych, np. przed wyborami prezydenta RP, czy jest to zabronione jako mieszanie się do polityki?

Hierarchia kościelna w Polsce, jak w każdym kraju, ma prawo do nauczania ludzi nie tylko prawd wiary, ale również zasad moralności chrześcijańskiej ogólnoludzkiej. Może pełnić także funkcję krytyczną wobec decyzji różnych organów władzy z punktu widzenia poszanowania praw człowieka, praw rodziny i praw Narodu. Kościół nigdy z tego nie zrezygnuje, bo to należy do jego istotnej misji, powierzonej mu przez Chrystusa. Komuniści zarzucali Kościołowi, że miesza się do polityki, teraz to samo czynią skrajni liberałowie. Z jednej strony – głoszą oni poszanowanie podstawowych wartości, jak godność osoby ludzkiej i potrzebę poszanowania wynikających z niej praw człowieka, a z drugiej strony – uważają, że o tym, co się należy człowiekowi decyduje wola nawet nie większości, ale jakiejś lepszej mniejszości. Jest to fałszowanie demokracji oraz pojęcia wolności sumienia i religii w życiu publicznym.

Czy wejście Polski do Unii Europejskiej spowodowało ograniczenie Kościoła w pełnieniu swojej misji?

Należy stwierdzić, że w pierwszej fazie integracja państw Europy Zachodniej w oparciu o wspólne prawo stanowione, zmierzała do narzucenia wszystkim państwom członkowskim jednego modelu relacji państwo-Kościół w wersji separacji francuskiej, nacechowanej wrogością, zwłaszcza wobec wartości chrześcijańskich. Jednak w wyniku długich kontrowersji, do Traktatu Lizbońskiego, który jest namiastką traktatu konstytucyjnego dla Europy, zamieszczone zostały zasady zapewniające poszanowanie przez organy Unii Europejskiej autonomii, a nawet niezależności państw członkowskich w określaniu swego systemu relacji między państwem a Kościołami i organizacjami bezwyznaniowymi. Oryginalnym elementem tych zasad jest zrównanie z Kościołami organizacji bezwyznaniowych, czyli ateistycznych, w tych państwach, w których przewidują to ustawy krajowe. Takie zasady są zawarte w takich państwach, jak Holandia i Niemcy. Natomiast w Polsce Konstytucja i ustawodawstwo wprost nie przewidują takiego zrównania. Nasuwa się więc pytanie, czy w Polsce takie organizacje są dyskryminowane. W odpowiedzi należy stwierdzić, że w Polsce istnieje swoboda zakładania organizacji ateistycznych, a nawet mogą one korzystać z przywileju organizacji pożytku publicznego na równi z jednostkami organizacyjnymi Kościoła katolickiego i innych związków wyznaniowych.

***

Ks. prof. Józef Krukowski (ur. 1936), wybitny ekspert prawa konkordatowego i wyznaniowego, wieloletni wykładowca KUL i UKSW oraz innych uczelni w kraju i zagranicą, obchodzi s tym roku 50-lecie pracy naukowej. Absolwent Wydziału Prawa Kanonicznego KUL, od 1978 r. profesor nadzwyczajny, a od 1985 r. profesor zwyczajny. W latach 1978-1987 był dziekanem Wydziału Prawa Kanonicznego KUL.

Działalność dydaktyczną prowadzi na kilku uczelniach: Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (od 1964 r.), Akademii Teologii Katolickiej (1993-1999) i Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie (od 1999 r.). W latach 1993-2003 prowadził wykłady na Uniwersytecie w Preszowie na Słowacji. W charakterze "visiting professor" gościnnie wykładał na kilku uniwersytetach amerykańskich i kanadyjskich. W 2003 r. wykładał także gościnnie w Akademii Teologicznej w Iwano-Frankowsku na Ukrainie.


Dzięki swym publikacjom nt. relacji Kościół-państwo ks. prof. Krukowski zdobył wysoki autorytet w kraju i za granicą. Uczestniczył w wielu międzynarodowych i krajowych konferencjach naukowych, przewodniczył sesjom w kilkunastu krajach na całym świecie. Od 2003 r. jest członkiem Polskiej Akademii Nauk Oddział w Lublinie, założycielem i prezesem Stowarzyszenia Kanonistów Polskich (od 1989 r.), założycielem i przewodniczącym Stowarzyszenia Absolwentów i Przyjaciół Wydziału Prawa KUL (od 2004 r.).

W latach 1975-81 był członkiem Komisji Prawnej Episkopatu Polski przygotowującej projekt Konkordatu między Stolicą Apostolską i Polską, W latach 1993-1997 pełnił funkcję przedstawiciela Episkopatu Polski w Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego oraz eksperta sejmowej Komisji Nadzwyczajnej ds. rozpatrzenia projektu ustawy o ratyfikacji Konkordatu między Stolicą Apostolską i Polską. W latach 1998-2001 był członkiem Doradczego Komitetu Prawnego przy Ministrze Spraw Zagranicznych.

http://wiadomosci.onet.pl/religia/ks-prof-krukowski-fundusz-koscielny-nie-jest-z-laski-panstwa/n2cmk

Abp Michalik kontra feministka

"Sposób wytoczenia sprawy przeciw Arcybiskupowi uzasadnia twierdzenie, iż osobie która to uczyniła, nie chodzi o ochronę swych praw, a jedynie o poszukiwanie medialnego rozgłosu" – pisze w komunikacie rzecznik prasowy archidiecezji przemyskiej, ks. Bartosz Rajnowski. Prosi również media o obiektywną relację i nieposzukiwanie taniej sensacji. Jutro przed Sądem Okręgowym w Przemyślu odbędzie się proces w sprawie wytoczonej abp. Józefowi Michalikowi przez Małgorzatę Marenin, prezes stowarzyszenia Stop Stereotypom.


Kobieta stwierdziła, że arcybiskup obraził ją swoimi słowami wypowiedzianymi podczas jubileuszu 90. urodzin kard. Henryka Gulbinowicza we Wrocławiu. Najpierw skierowała sprawę do Sądu Rejonowego we Wrocławiu, ten jednak postanowił ją umorzyć, uzasadniając, że wypowiedź "nie wyczerpuje znamion przestępstwa, co jest konieczne do wdrożenia postępowania karnego". Marenin odwołała się od tamtego orzeczenia, a po oddaleniu odwołania wniosła pozew cywilny, tym razem do Sądu Okręgowego w Przemyślu.


Specjalne oświadczenie w tej sprawie wydała kuria przemyska. Jak czytamy, "ksiądz Arcybiskup Józef Michalik w swym kazaniu wygłoszonym we Wrocławiu w dniu 16 października 2013 r. miał prawo, a patrząc z punktu widzenia misji Kościoła wręcz obowiązek, odnosić się krytycznie do niemoralnych trendów cywilizacyjnych".

"Mówił wówczas m.in.: »Wiele dziś się mówi i słusznie o karygodnych nadużyciach dorosłych wobec dzieci. Tego rodzaju zła nie wolno tolerować, ale nikt nie odważy się pytać o przyczyny, żadna stacja telewizyjna nie walczy z pornografią, z promocją fałszywej, egoistycznej miłości między ludźmi. Nikt nie upomina się za dziećmi cierpiącymi przez brak miłości rozwodzących się rodziców, a to są rany bolesne i długotrwałe. Na naszych oczach następuje promocja nowej ideologii gender. Już kilkanaście najważniejszych uniwersytetów w Polsce wprowadziło wykłady z tej nowej i niezbyt jasnej ideologii, której programową radę stanowią najbardziej agresywne polskie feministki, które od lat szydzą z Kościoła i etyki tradycyjnej, promują aborcję i walczą z tradycyjnym modelem rodziny i wierności małżeńskiej« - zacytowano w komunikacie kurii słowa abpa Michalika.

"Sam sposób wytoczenia sprawy przeciw Arcybiskupowi uzasadnia twierdzenie, iż osobie która to uczyniła, nie chodzi o ochronę swych praw, a jedynie o poszukiwanie medialnego rozgłosu. Powództwo nie opiera się na tekście kazania Arcybiskupa ani nie został on do niego załączony. Strona powodowa odwołuje się jedynie do tendencyjnych medialnych reakcji na to kazanie" - napisano.

"Modląc się o siłę dla naszego Pasterza, zgodnie z chrześcijańskim przesłaniem prośmy także za prześladowcami Kościoła. Od mediów oczekujemy obiektywizmu i prawdy w relacjach, nie zniżanie się do poziomu publikatorów, które również w tej sprawie poszukiwać będą jedynie taniej sensacji" - podsumowuje rzecznik kurii.

Jak zaznacza, "oprócz niniejszego komunikatu przed rozprawą nie będą udzielane żadne dodatkowe komentarze".

http://wiadomosci.onet.pl/religia/abp-michalik-kontra-feministka-oswiadczenie-kurii/0hzfrq

Palikot: wycofać religię ze szkół; wprowadzić euro; zapewnić bezpieczną Polską

Kandydat Twojego Ruchu na prezydenta Janusz Palikot powiedział, że jeśli wygra wybory, to doprowadzi do wycofania lekcji religii ze szkół. Podkreślił, że bezpieczeństwo Polski gwarantuje wprowadzenie euro i że nie pozwoli, by choć jeden Polak zginął w wyniku działań wojennych.



- Państwo ma być świeckie i państwo nie może łożyć na Kościoły, państwo nie może też finansować lekcji religii. Lekcje religii będą wycofane ze szkół jak będę prezydentem Rzeczypospolitej. Polska nie będzie za to płacić – powiedział Palikot na konwencji w Lublinie.

- Księża muszą płacić takie same podatki jak wszyscy obywatele – podkreślił polityk.

Palikot opowiedział historię człowieka, od którego ksiądz zażądał za pochówek 3 tys. 250 zł, w tym "tysiąc zł za usługi pogrzebowe, czyli za mszę, tysiąc za wizytę na cmentarzu i 5 proc. od usług kamieniarskich wykonywanych przez inną firmę" i dostał na piśmie potwierdzenie takich opłat. - Ten ksiądz dał ten list, nie czuł żadnego zażenowania, że jest 5 proc. od usług kamieniarskich, że są tego typu opłaty, jemu to się wydało po Bożemu, normalnie, tak jak trzeba – oburzał się Palikot.

- Pogrzeby i śluby mają być za darmo, ludzie mają prawo być pochowani bez pieniędzy – postulował.

Odnosząc się do sytuacji na Ukrainie Palikot zapewnił, że zrobi wszystko, aby Polska była bezpieczna.

- Prawica w Polsce narzuca nam to pytanie: czy jesteśmy w stanie, czy jesteśmy gotowi, każdy z nas, umrzeć za Polskę? Za tym pytaniem pada oskarżenie, (że) jeśli nie chcesz umrzeć za Polskę, jesteś zdrajcą, kolaborantem, chcesz się poddać. Bardzo trudno jest powiedzieć pod presją tej naszej przeszłości, tej naszej miłości do Polski, ciągle pilnowanej i utracanej. Strasznie trudno jest powiedzieć – nie, nie chcę umierać za Polskę, chcę żyć dla Polski. Dla moich dzieci i dla was. Chcę żyć - powiedział Palikot. Jak podkreślił, "jest przekonany, że to wymaga znacznie większej odwagi niż zginąć".

- Zginąć jest strasznie łatwo, wystarczy zamknąć oczy i bez uzbrojenia, tak jak to było w powstaniu warszawskim, styczniowym i listopadowym pójść i dać się zabić. Dziś Bronisław Komorowski, prezydent naszego kraju, minister spraw zagranicznych Grzegorz Schetyna, minister obrony narodowej Siemoniak, a także Kaczyński, Duda Macierewicz i wszyscy inni polityczni prawicowi przywódcy mówią tak, trzeba pójść, zginąć - zaznaczył kandydat TR na prezydenta.

- Otóż chcę wam powiedzieć i mówię to jako kandydat na prezydenta Rzeczypospolitej z całą siłą tego znaczenia, jako człowiek, który być może będzie odpowiadał za polską armię, że nigdy nie pozwolę na to, jako prezydent naszego kraju, żeby chociaż jeden człowiek zginął w wyniku działań wojennych - powiedział Palikot.

Podkreślił przy tym, że armia zawodowa jest po to, "by pilnowała pokoju, a nie pchała do wojny". Zapewnił, że gdyby doszło do "strasznego doświadczenia", on nigdy nie opuści kraju. - Zostanę tutaj i wezmę na siebie całą odpowiedzialność za to, że tu nie będzie wojny – powiedział.

Przekonywał, że bezpieczeństwo naszego kraju najlepiej może zapewnić przyjęcie euro. - Polska, żeby czuć się bezpieczna, musi doprowadzić do sytuacji, w której Niemcy będą bronili Polski. To jest możliwe tylko w jednych okolicznościach, kiedy Polska wstąpi do strefy euro – powiedział.

- Polska musi wstąpić do strefy euro, nawet jeśli większość dzisiaj ludzi w Polsce się tego boi – podkreślił. Dodał, że tylko wtedy "Angela Merkel będzie równie często jeździła do Warszawy, jak dzisiaj jeździ do Aten", bo gospodarkę niemiecką "boli to, co się dzieje w strefie euro".

- Wolisz, żeby twoje dzieci były zmobilizowane do wojska, czy wolisz, żebyśmy wprowadzili euro? – pytał Palikot.

Zapewnił, że ma program, który sprawi, iż przyjęcie euro nie spowoduje obniżenia poziomu życia, a wręcz jego podniesienie. - To jest pierwsza ustawa, którą przedstawię w parlamencie, jeśli zostanę prezydentem. Ustawa o tworzeniu miejsc pracy i podwyższaniu wynagrodzeń, to będzie priorytet mojej prezydentury – zapowiedział.

Wśród projektowanych rozwiązań Palikot zapowiedział m.in. zwiększenie do 6 tys. zł kwoty wolnej od podatku. Przyniesie to – według wyliczeń Palikota – 14 mld zł w kieszeniach ludzi, które nie pójdą do budżetu. Zapoczątkuje to – jak mówił – proces przebudowywania polskiej polityki gospodarczej z polityki "opartej o eksport po niskich cenach i niskich płacach, na politykę opartą o rozwój rynku wewnętrznego, wzrost konsumpcji wewnętrznej".

Palikot chce zlikwidować ZUS i KRUS oraz wprowadzić emeryturę płaconą z budżetu państwa o wysokości nawet 2 tys. zł, co - jego zdaniem - "może oznaczać niesamowity wzrost konsumpcji", a także odblokowanie rynku pracy i likwidację umów śmieciowych. Zapowiedział też ułatwienia dla rolników, którzy chcą sprzedawać swoje przetworzone wyroby, działania na rzecz obniżenia cen energii, wprowadzenie odpowiedzialności urzędników za podejmowane decyzje, wdrożenie ulg inwestycyjnych dla przedsiębiorców.

W sferze służby zdrowia Palikot chce wprowadzić system, polegający na przyznawaniu obywatelom określonej liczby punktów, które byłyby "przelewane" do lekarza po wizycie i byłyby postawą do wypłacenia mu należności.

W sferze edukacji – zmiany zmierzające do nauki zespołowego działania w szkołach, odejście od testów i uczenie kreatywności. W sferze kultury – większą promocję polskich twórców. - Dzięki kulturze możemy zbudować wizerunek kraju, za którego produkty i usługi płaci się więcej, bo są z kraju wysokiej kultury – przekonywał.

Palikot zapewniał, że przedstawiony przez niego program jest możliwy do zrealizowania przez prezydenta, jeśli to nie będzie prezydent z PO ani z PiS. - Gra tych partii, które się blokują przy prezydencie z którejkolwiek z tych partii, będzie powodowała, że prezydent nic nie będzie robił albo będzie tylko sypał piasek w tryby konkurencyjnego ugrupowania – ocenił Palikot.

Wybory prezydenckie odbędą się 10 maja. Jeśli żaden z kandydatów nie uzyska ponad połowy ważnie oddanych głosów, 24 maja odbędzie się druga tura.

Państwowa Komisja Wyborcza zarejestrowała dotąd pięciu kandydatów w wyborach na prezydenta: ubiegającego się o reelekcję Bronisława Komorowskiego, Janusza Korwin-Mikkego (z poparciem KORWiN), Adama Jarubasa (PSL), muzyka Pawła Kukiza oraz Jacka Wilka (Kongres Nowej Prawicy). Sześcioro kandydatów, którzy złożyli co najmniej 100 tys. podpisów poparcia, czeka na decyzję ws. rejestracji.

(JS)

onet.pl "Daily Mail": szokujące "egzorcyzmy" podczas rekolekcji w Gryficach

Trzydniowe rekolekcje uczniów w Gryficach miały przybliżyć im Boga, a zmieniły się w koszmar. Jak donosi brytyjski dziennik "Daily Mail", rekolekcjonista, ksiądz Tomasz Wieczorek przeprowadził na uczniach "egzorcyzmy", podczas których młodzi ludzie mdleli. Jeden z uczestników twierdzi, że "zachowywali się jak wariaci".


1000 uczniów z Gryfic wzięło udział w trzydniowym obozie. Podczas zjazdu "młodzi ludzie mieli odkryć Boga i dążyć do odnowy religijnej poprzez modlitwę". Jednak zajęcia odbiegały od zatwierdzonego harmonogramu. Jak pisze "Daily Mail", przeprowadzano wówczas egzorcyzmy w celu "wypędzenia diabła".


Kiedy młodzi ludzie przybyli na rekolekcje, 37-letni ksiądz Tomasz Wieczorek rozpoczął spotkanie od "egzorcyzmów". Matka jednego z uczestników relacjonowała brytyjskiej gazecie, że "w pierwszym dniu ksiądz wybrał kilkoro dzieci, zaprosił ich na scenę i kładł im ręce na czole. Po czym powtarzał »Duchu Święty przyjdź, Duchu Święty przyjdź«".

Jak twierdził jeden ze świadków, "niektóre dzieci zasłabły podczas obrzędu, inne płakały". Ksiądz Wieczorek podkreślał, że nie powinno się im pomagać, bo "Bóg wkracza w ich dusze". Jeden z uczniów opowiada: "To było naprawdę straszne, prawie jak w szpitalu psychiatrycznym. Niektórzy leżeli na podłodze, wili się, inni śmiali się histerycznie i płakali". Dzieci były przerażone tym, co widzą, wiele z nich nie chciało pojawić się następnego dnia na zajęciach.

Głos w sprawie zabrała również psycholog szkolny Halina Wysocka. Podkreśliła, że "dzieci nie były wystarczająco dojrzałe emocjonalnie. A prezentowane metody przypominały stosowane te w sektach religijnych". Przedstawiciele Kościoła zignorowali całą sprawę, tłumacząc, że "nie otrzymaliśmy żadnych skarg, więc nie ma problemu".

Zjawisko opisywane przez "Daily Mail" jako "egzorcyzmy" funkcjonuje w Polsce pod nazwą "Odpoczynek w Duchu". Jest to praktyka mająca miejsce podczas charyzmatycznej modlitwy z nałożeniem rąk. Uczestnicy biorący udział w takich spotkaniach, pragną doświadczyć działania Ducha Świętego. Osoby przeżywające odpoczynek w Duchu upadają i tracą kontrolę nad własnym ciałem. Sytuacja ta trwa do momentu "przebudzenia", kiedy uczestnik o własnych siłach lub na wezwanie kapłana wstaje.

Zjawisko budzi wiele kontrowersji. Wiele wyznań chrześcijańskich go nie akceptuje. Podstawą jej odrzucenia jest brak odniesienia w Biblii. Sam spoczynek może budzić wśród obserwatorów niepokój. Dla przeciętnego katolika wygląda jak omdlenie.

W tym samym artykule "Daily Mail" przytacza również raporty Metropolitan Police dotyczące sytuacji na Wyspach. W ostatnich latach w Wielkiej Brytanii dopuszczano się wielu egzorcyzmów na dzieciach. W ich trakcie miały m.in. pić szkodliwe płyny, które miały je oczyścić.

(nr)
http://wiadomosci.onet.pl/kraj/daily-mail-szokujace-egzorcyzmy-podczas-rekolekcji-w-gryficach/89bmw1